Zanim rozpoczęła się muzyczna część wydarzenia, plac targowy przy ul. Wyszyńskiego wypełniły samochody z historią. Na pierwszą Zambrowską Automobiliadę przyjechało około stu pojazdów: przedwojenne zabytki, klasyki pamiętające polskie drogi sprzed kilku dekad oraz młodsze auta, które już zdążyły zdobyć wiernych miłośników.
Oglądano chromowane detale, zaglądano pod maski, pytano o roczniki, silniki i dostępność części. Niektórzy robili to z wiedzą mechanika, inni z ciekawością. Przy starym samochodzie łatwo rozpocząć rozmowę. Nawet jeśli nie zna się pojemności silnika, zwykle pamięta się auto ojca, dziadka albo pierwszą podróż, podczas której świat za szybą wydawał się większy.
Pomysł zorganizowania zlotu wyszedł od mieszkańców.
– W styczniu zgłosili się do mnie zambrowscy miłośnicy starej motoryzacji i zaproponowali, abyśmy przygotowali takie spotkanie. Poszliśmy za ich wnioskiem i dzisiaj zlot stał się faktem – mówił burmistrz Zambrowa Kazimierz Dąbrowski.
Jak przyznał, organizatorzy spodziewali się mniejszej liczby samochodów. Około stu zgłoszonych pojazdów już w pierwszej edycji pozwala myśleć o kontynuacji wydarzenia.
– Trudno jeszcze porównywać frekwencję, bo to dopiero początek. Mam jednak nadzieję, że zlot będzie odbywał się co roku – dodał burmistrz.
Po prezentacji samochody ruszyły w południe ulicami Zambrowa. Była to parada różnych epok motoryzacji, ale przede wszystkim ludzi, którzy poświęcają czas, pieniądze i niemało cierpliwości, aby stare maszyny nadal wyjeżdżały na drogi.
Sentyment wygrał z rozsądkiem
Patryk Krupiński oraz Michał i Waldemar Jamiłkowscy przyjechali trzema fordami mustangami. Każdy z samochodów miał inny rocznik, silnik i charakter. Jeden z nich wrócił do dawnego właściciela po kilkuletniej rozłące.
– Kupiłem go około sześciu lat temu, później sprzedałem. Przez cztery lata miałem inne auta, ale w końcu odkupiłem właśnie ten samochód. Sentyment wygrał z rozsądkiem i wróciłem do swojego pierwszego mustanga – opowiadał jego właściciel.
Rozsądek nie był zresztą tego dnia najważniejszą jednostką pomiaru. Pięciolitrowy silnik, głośny wydech i samochód sprowadzony zza oceanu trudno uzasadniać oszczędnością. Mustangów nie kupuje się jednak po to, by przekonywać księgowego. Liczą się moc, dźwięk silnika i marzenie, które często zaczyna się na długo przed zdobyciem prawa jazdy.
– Chyba każdy mężczyzna jako chłopiec marzy o fordzie mustangu. Kiedy dorasta, przychodzi czas, by to marzenie zrealizować – mówił jeden z uczestników.
Właściciele podkreślali, że choć na ogólnopolskich zlotach spotyka się nawet kilkaset mustangów, trudno znaleźć dwa identyczne. Różnią się felgami, lampami, pasami, wydechem i licznymi modyfikacjami. Fabryka tworzy samochód. Właściciel dopisuje mu życiorys.
Ford, który przeżył własną epokę
Najstarszy pojazd zaprezentowany przez Zygmunta Przeborowskiego pochodził z 1923 roku. Ford T ma trzylitrowy silnik o mocy około 20 koni mechanicznych i za sobą ponad sto lat historii. Towarzyszyły mu chevrolet z 1959 roku oraz triumph.
Zabytkowe samochody Zygmunta Przeborowskiego można oglądać również na co dzień w prowadzonej przez niego stacji kontroli pojazdów. Dla właściciela są kolekcją, dla klientów — nieoczekiwaną wystawą. Człowiek przyjeżdża sprawdzić hamulce, a zatrzymuje się przy aucie pamiętającym czasy, gdy na wielu drogach nie było jeszcze asfaltu.
– Ludzie interesują się tymi samochodami. Ich utrzymanie wymaga trochę pracy, ale są atrakcją i wzbudzają ciekawość – mówił kolekcjoner.
Inny fragment motoryzacyjnej historii przywiózł Ryszard Chlewicki. Jego Škoda 120 L została wystylizowana na radiowóz czechosłowackiej Veřejnej bezpečnosti, czyli ówczesnej służby bezpieczeństwa publicznego. Samochód sprowadzono z Niemiec, a obecny właściciel kupił go w Płocku.
Zainteresowanie škodami zaczęło się u Ryszarda Chlewickiego znacznie wcześniej, jeszcze w latach 70. Jeden z jego współpracowników miał wówczas Škodę 1000 MB. Rozmowy o samochodzie przerodziły się w pasję, która przetrwała dziesięciolecia. Dzisiaj oprócz 120 L w jego garażu stoi także Škoda 1000 MB z 1969 roku.
Na pytanie o wydatki związane z utrzymaniem zabytkowych pojazdów odpowiedział krótko:
– Kosztów się nie liczy. To jest przyjemność.
Nad zalewem zasiedli przy jednym stole
Po motoryzacyjnym przedpołudniu środek wydarzeń przeniósł się nad Zalew Miejski. Tam Zambrowski Kociołek wrócił do swojej kulinarnej i muzycznej tradycji. Było wielkie gotowanie zakończone degustacją Zambrowskiego Przysmaku, konkursy i atrakcje dla rodzin.
Na scenie spotkali się miejscowi wykonawcy i artyści znani z ogólnopolskich oraz zagranicznych estrad. Wystąpiły zambrowskie „Muzyczne Marzenia”, Kacper Blonsky, Oceana, a muzyczny finał należał do Justyny Steczkowskiej. Taki program nie spychał lokalnej kultury na margines. Przeciwnie — pokazywał ją w tym samym miejscu i przed tą samą publicznością co największe nazwiska wieczoru. Organizatorem Zambrowskiego Kociołka był Miejski Ośrodek Kultury w Zambrowie, a partnerem strategicznym Województwo Podlaskie.
Nazwa imprezy od lat dobrze oddaje jej charakter. Do jednego kociołka trafiają muzyka, wspólne gotowanie, dziecięca zabawa i spotkanie ludzi, którzy mieszkają obok siebie, choć na co dzień nie zawsze mają czas się zatrzymać. W tym roku doszedł jeszcze jeden składnik — pasja zambrowskich miłośników motoryzacji.
Pierwsza Automobiliada powiedziała o mieście więcej niż niejedna oficjalna prezentacja. Kilku mieszkańców przyszło z pomysłem. Samorząd go podjął. Kilka miesięcy później na placu stanęło około stu samochodów, a między nimi tłum ludzi gotowych słuchać opowieści o starym fordzie, odzyskanym mustangu i škodzie, przy której kosztów się nie liczy.
Bo bliska kultura zaczyna się właśnie wtedy, gdy mieszkańcy nie są jedynie publicznością. Dostają miejsce dla własnych pomysłów — i potrafią je wypełnić.

![Kociołek pełen Zambrowa - [VIDEO] Kociołek pełen Zambrowa - [VIDEO]](https://static2.narew.info/data/articles/xl-kociolek-pelen-zambrowa-video-1787732055-full.jpg)
Komentarze