Jedna z pacjentek napisała po jego śmierci, że nie spotkała lekarza tak wyrozumiałego, mającego tyle cierpliwości, szacunku i dobra płynącego z serca dla pacjenta. W tych słowach jest coś więcej niż żal po odejściu znanego specjalisty. Jest świadectwo spotkania z lekarzem, który nie oddzielał medycyny od człowieczeństwa.
Dr Wojciech Bąkowski urodził się w Łomży. Wychowywał się w patriotycznej i religijnej rodzinie w domu przy ulicy Dwornej. Uczył się w Szkole Podstawowej nr 1 przy Rybakach oraz w I Liceum Ogólnokształcącym im. Tadeusza Kościuszki przy ulicy Feliksa Bernatowicza. Studia lekarskie rozpoczął w Akademii Medycznej w Białymstoku, a kontynuował w Akademii Medycznej w Warszawie. Przez prawie 24 lata pracował w Instytucie Reumatologii, a przez 18 lat w Łomżyńskim Centrum Medycznym.
Dla wielu mieszkańców Łomży, regionu i pacjentów z dalszych miejsc był lekarzem, do którego trafiało się często po długiej drodze: z bólem, przewlekłą chorobą, niepewnością i nadzieją, że ktoś wreszcie wysłucha do końca. W 2023 roku Łomżyńskie Centrum Medyczne zorganizowało jego benefis. Nie był to wieczór zbudowany na oficjalnych formułach, lecz spotkanie ludzi, którzy chcieli powiedzieć mu za życia to, co zbyt często wypowiadamy dopiero po odejściu. Współpracownicy i pacjenci mówili o skuteczności, wrażliwości, cierpliwości i rzadkiej dziś gotowości do pomocy ponad wyznaczoną godzinę.
Przypominano wtedy, że dr Bąkowski nigdy nie odmawiał wizyty ciężko choremu. Odbierał telefony od pacjentów i ich rodzin, także wtedy, gdy dzień pracy dawno powinien się skończyć. Wspominano jego spokój, skromność, życzliwy sceptycyzm, kulturę słowa i dobroć, która nie potrzebowała rozgłosu.
Był też człowiekiem muzyki. Lubił muzykę klasyczną, był absolwentem szkoły muzycznej, grał na fortepianie. Ten szczegół mówi o nim więcej, niż mogłoby się wydawać. W jego pracy również było coś z uważnego słuchania: pauza, cierpliwość, czułość na ton drugiego człowieka. Pacjent przychodził z bólem ciała, ale często przynosił także zmęczenie, strach i samotność. Dr Bąkowski potrafił to zauważyć.
Dlatego porównanie do doktora Judyma nie brzmi tu jak literacka ozdoba. Judym z powieści Stefana Żeromskiego stał się symbolem lekarza, który nie potrafił przejść obojętnie obok cierpienia. Dr Wojciech Bąkowski nie był bohaterem książki, lecz człowiekiem z Łomży, lekarzem chodzącym tymi samymi ulicami co jego pacjenci, przyjmującym ich przez lata, odpowiadającym na pytania, wracającym do historii choroby i zwykłych ludzkich lęków.
Szpital Wojewódzki w Łomży pożegnał go jako wybitnego reumatologa, ale przede wszystkim jako lekarza cierpliwego, życzliwego i pełnego empatii. Podkreślono, że każdego pacjenta traktował z troską i szacunkiem, nigdy nie narzekał i zawsze znajdował czas, by wysłuchać i pomóc. To pożegnanie brzmi szczególnie prawdziwie, bo potwierdzają je głosy tych, którzy siedzieli po drugiej stronie biurka.
O doktorze Bąkowskim z głębokim poruszeniem mówi także właściciel Grupy Medialnej Narew. Wspomina go jako człowieka „bezapelacyjnie zakochanego w Łomży i otwartego na świat”. Jak podkreśla, jego odejście jest kolejnym bolesnym ciosem dla miasta, bo tak dobrych ludzi spotyka się dziś bardzo rzadko.
W tym wspomnieniu wraca także dawne wezwanie z frontonu świątyni Apollina w Delfach: „Poznaj samego siebie”. W świecie, który często podsuwa ludziom niestabilność, pośpiech i pogoń za złudzeniami, dr Wojciech Bąkowski wybierał spokojne, uczciwe życie oparte na służbie drugiemu człowiekowi. Nie korzystał z nowoczesnego stylu życia rozumianego jako nieustanna gonitwa za pozorem. Był zakochany w Polsce, zakochany w Łomży i zakochany w dobrych ludziach. Przyświecała mu prosta zasada: być pożytecznym. Nie efektowna, nie głośna, nie do powieszenia na sztandarze. Raczej codzienna. Taka, którą sprawdza się w gabinecie, przy łóżku chorego, w rozmowie telefonicznej odebranej późnym wieczorem, w decyzji, żeby przyjąć jeszcze jedną osobę, bo boli, bo czeka, bo nie wie, co dalej.
W medycynie pamięta się nazwiska wielkich profesorów, autorów metod i podręczników. Pacjenci pamiętają inaczej. Pamiętają lekarza, który spojrzał na nich uważnie. Który nie poganiał. Który nie odbierał nadziei. Który widział nie tylko stawy, kręgosłup, wyniki badań i ból, ale człowieka.
Dr Wojciech Augustyn Bąkowski odszedł 26 czerwca 2026 roku w wieku 70 lat. Zostaje wdzięczność pacjentów. Zostaje pamięć współpracowników. Zostaje też cicha lekcja, której nie da się zapisać w żadnej procedurze: że lekarzem można być nie tylko z tytułu, ale z postawy wobec cierpiącego człowieka.

Autor zdjęcia: Artur Filipkowski
Msza Święta Pogrzebowa w Sanktuarium pw. Miłosierdzia Bożego zgromadziła ponad 500 przyjacół doktora Wojciecha Augustyna Bąkowskiego.
Przedstawiamy Państwu fragment listu pożegnalnego katolickiego środowiska medycznego.
Maria Zwierko i Irmina Pniewska - lekarki, środowiska medyczne bł. ks.Jerzego Popiełuszki
.... chwila mojej rozłąki nadeszła. W dobrych zawodach wystąpiłem, bieg ukończyłem, wiarę ustrzegłem.
Na ostatek odłożono dla mnie wieniec sprawiedliwości, który mi w owym dniu odda Pan, sprawiedliwy Sędzia (2 Tm 4,6-9)
Z głębokim smutkiem i žalem przyjęliśmy wiadomość, że 26 czerwca zmarł nasz Przyjaciel Wojtek Bąkowski.
Wojtek był jednym z nas... Poznaliśmy się prawie 50 lat temu, działając w duszpasterstwie medycznym (studenci medycyny, młodzi lekarze, pielęgniarki i inni), skupionym wokół bl. ks. Jerzego Popiełuszki początkowo w kościele akademickim św. Anny, a potem w kościele św. Stanisława Kostki na Żoliborzu.
Wojtek był nam szczególnie bliski, przez swoją wyjątkową, pełną ciepła i życzliwości osobowość, niespotykaną skromność, umiejętność uważnego słuchania. Zawsze służył ofiarną pomocą i swoją wszechstronną wiedzą. Zawsze troskliwy, cierpliwy. wyrozumiały, pogodny, z nieśmiałym uśmiechem, angażujący się z oddaniem w różne działania.
Wojtek był bez miary dobrym człowiekiem, takim o których mówi się, że są dla Boga i dla ludzi... Całym sobą pokazywał, jak służyć drugiemu człowiekowi, jak przy nim być..., jak z nim być...
Po latach spędzonych w Warszawie, wrócił do rodzinnego miasta, żeby opiekować się mamą, a potem siostrą. Poświęcił się całkowicie pracy z chorymi, pracując jako reumatolog w kilku placówkach medycznych w Łomży i okolicy.
Wojtek zmarł w domu. Leczył się na serce. Ale my wiemy, że o siebie dbał na końcu... zawsze ważniejsi i bardziej potrzebujący byli inni...
Myślę, że odszedł tak, jak Sam by chciał... W ciszy i spokoju, w domu. Bóg był dla niego dobry, bo na to zasłużył całym swoim życiem.
Teraz Wojtek pewnie patrzy w zdumieniu i zakłopotaniu na nas przez te dni, bo tyle przecież On nic niezwykłego nie robił, tylko to co trzeba było... zamieszania i smutku wokół Jego Osoby..., po co
Tak trudno nam uwierzyć i pogodzić się z odejściem Wojtka..., chociaż wiemy, że jest już w Domu Ojca, bo kto bardziej zasłużył na to jak nie On...
Mieliśmy szczęście spotkać Go w naszym życiu...
Zostają nam teraz wspomnienia i żal, że Go już tu nie spotkamy, nie porozmawiamy... Ale jest i nadzieja, że może uda nam się spotkać znowu, tam gdzie zmierzamy, gdzie chcemy dotrzeć, na niebiańskich łąkach... kiedy przyjdzie czas też na nas...
Tylko w Bogu znajdzie spokój dusza moja"... Wojtek już znalazł ten spokój...
Przyjaciele ze Środowisk Medycznych bł. ks. Jerzego Popiełuszki

Komentarze