Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama

Nie wiadomo jak długo żyły i jak umierały

Długie i szczegółowe wyjaśnienia złożył przed łomżyńskim sądem biegły w procesie Beaty Z. z Hipolitowa oskarżonej o uśmiercenie pięciorga swoich dzieci. Wywody można jednak streścić tak: nie wiadomo czy rodziły się żywe czy martwe, jak długo żyły po porodzie, jakie były dokładnie przyczyny śmierci.
Nie wiadomo jak długo żyły i jak umierały

Długie i szczegółowe wyjaśnienia złożył przed łomżyńskim sądem biegły w procesie Beaty Z. z Hipolitowa oskarżonej o uśmiercenie pięciorga swoich dzieci. Wywody można jednak streścić tak: nie wiadomo czy rodziły się żywe czy martwe, jak długo żyły po porodzie, jakie były dokładnie przyczyny śmierci.

Prokuratura zarzuca Beacie Z., że czterokrotnie po porodach porzucała dzieci na strychu i w piwnicy, a one tam umierały z wyziębienia i głodu. Jedno maleństwo miała utopić przywiązane do dużego kamienia w stawie odległym o kilkaset metrów od domu. Podczas śledztwa kobieta w zasadzie w ten sposób przedstawiała przebieg wydarzeń, choć udało się odnaleźć tylko szczątki czterech noworodków na strychu i w piwnicy. Już na sali sądowej Beata Z. zmieniła swoją opowieść. Twierdzi teraz, że trzykrotnie dzieci – nakarmione, umyte i ubrane - umierały po porodzie, gdy spała. W jednym przypadku (z 2012 roku), który doprowadził ją w rezultacie na salę sądową, noworodek miał zaraz po przyjściu na świat zsinieć i po kilku minutach umrzeć. Według oskarżonej, tragedia z utopionym dzieckiem zdarzyła się jeszcze za życia jej męża Andrzeja i to on wraz ze swoją matką miał dokonać tego czynu.

Specjalista z Białegostoku, który badał szczątki noworodków odnalezione w Hipolitowie, stwierdził, że zachowały się jedynie fragmenty kostne „czterech osobników”. Nie było na nich śladów uszkodzeń mechanicznych.

- Mogę ocenić, że były to dzieci z ciąży donoszonych, czyli zdolne do samodzielnych czynności życiowych poza łonem matki – wyjaśniał ekspert. - Nie można natomiast ustalić czy urodziły się żywe i jak długo żyły.

Jak dodał, w przypadku szczątków dwójki noworodków ze strychu, zachowały się fragmenty śpioszków, kaftaników i pieluch. W piwnicy – tylko kawałek kocyka.

- Były na nich ślady działania gryzoni lub innych zwierząt – stwierdził biegły.

Przy ocenie przyczyn śmierci maluchów, za które uznał wstrząs termiczny, brak opieki i pokarmu, oparł się przede wszystkim na wyjaśnieniach oskarżonej ze śledztwa i uzupełnionych lekturą protokołów sądowych.

Oskarżyciel i obrończyni Beaty Z. skierowali do eksperta szereg pytań. Dociekali np. ile mogłoby przeżyć dziecko nakarmione tylko raz po porodzie, ile w chłodnym pomieszczeniu, czy mogły być jeszcze inne przyczyny śmierci (wady czy schorzenia wrodzone, urazy okołoporodowe).

Ekspert wyjaśniał, ale w zasadzie wszystko sprowadzało się do jednego – nie zachowały się żadne dowody mogące bardziej precyzyjnie wskazywać na przebieg wydarzeń.

- Muszę powtórzyć, na podstawie zachowanych szczątków, kośćca, nie można określić czy dzieci przyszły na świat żywe i jak długo mogły żyć. Nie można stwierdzić, czy miały jakieś wady wrodzone układu krążenia, oddechowego, nerwowego czy pokarmowego, które mogłyby spowodować zgon po porodzie w okolicznościach opisywanych przez oskarżoną. Nie można tego ani potwierdzić, ani wykluczyć. Mogły umrzeć w kuchni, mogły na strychu. Mechanizm śmierci dzieci przedstawiony przez prokuraturę nie różni się zasadniczo od wersji oskarżonej -stwierdził ekspert.

Łomżyński sąd zdecydował o przedłużeniu tymczasowego aresztowania oskarżonej do 25 lipca. Na kolejnej rozprawie zaplanowanej na 3 marca zaplanowane zostały wyjaśnienia biegłych, którzy badali kondycję psychiczną i osobowość Beaty Z.


Podziel się
Oceń

Komentarze

Reklama