Dzisiaj - 1 stycznia 2026 roku, po ciężkiej chorobie, odeszła Anna Filipkowska-Wybranowska, emerytowana pedagog, artystka-amatorka z duszy, miłośniczka sztuki, zwierząt i życia rozumianego jako proces nieustannego zachwytu. Odeszła cicho, zostawiając po sobie świat bardziej uważny i piękniejszy. Żona, Mama, Babcia...
Urodzona w Łomży, absolwentka Liceum Ogólnokształcącego im. Tadeusza Kościuszki, Studium Nauczycielskiego w Ełku (wychowanie plastyczne) oraz Uniwersytetu Warszawskiego, gdzie uzyskała tytuł magistra pedagogiki. Swoje wykształcenie poszerzała o studia podyplomowe z zakresu profilaktyki społecznej, resocjalizacji oraz teorii organizacji i zarządzania.
Była nauczycielką plastyki, biologii i fizyki, dyrektorką przedszkola nr 2 przy ul. Polowej w Łomży oraz dyrektorką Młodzieżowego Ośrodka Wychowawczego w Goniądzu. Zawsze bliżej człowieka niż procedury.
W jednej z rozmów telewizyjnych sprzed lat, powiedziała zdanie, które dziś brzmi jak klucz do całej jej biografii: „Urodziłam syna, wybudowałam duży dom i trzeba było udekorować ściany.”
Z tej pozornej codzienności narodziła się sztuka, oleje, akwarele, pastele, kompozycje na tkaninie. Twórczość, która przyszła późno, ale przyszła w pełni.
Jej pamięć do ludzi była legendarna. Podczas wernisażu rozpoznała w dorosłym mężczyźnie swojego ucznia sprzed ponad trzydziestu lat. – Ależ ten czas pomyka…” – powiedziała wtedy z uśmiechem, który był w niej niezmienny.
Emerytura nie była dla niej końcem, była przyzwoleniem. – „Teraz już nic nie muszę. Tylko bardzo, bardzo chcę” – mówiła.
I zaczęła tworzyć intensywnie, odważnie, bez kompromisów. Jej obrazy pełne były skrzydlatych postaci o dziecięcych twarzach, rajskich ptaków zapatrzonych w samotność, demonów rozkwitających światłem w czerni, słońc wspinających się jak wędrowcy i gasnących jak świeca na dobranoc. Była zodiakalnym Bykiem, kochała piękne rzeczy w pięknym otoczeniu. Zbierała stare meble z okolic Łomży, Zambrowa i Grajewa, projektowała wnętrza, stworzyła nawet japoński pokoik. Jej dom był galerią, a galeria domem.

Debiutancka wystawa w Galeria N Klubu Garnizonowego przy al. Legionów zgromadziła rekordową liczbę widzów. Sama zaprojektowała architekturę wystawy, oprawę plastyczną i katalog. Była autorką całości jakby całe życie przygotowywała się do tego jednego, spokojnego „oto jestem”.
Szczególnym rozdziałem jej życia była praca w Młodzieżowym Ośrodku Wychowawczym w Goniądzu, miejscu trudnym, naznaczonym napięciem i społecznym lękiem. W 1986 roku, po buncie wychowanek i medialnej burzy, która przetoczyła się przez prasę lokalną i ogólnopolską, zapadła decyzja o zmianie profilu placówki na Państwowy Młodzieżowy Ośrodek Wychowawczy dla dziewcząt. Decyzja ta spotkała się z wyraźnym sprzeciwem lokalnej społeczności. Właśnie w tym momencie odpowiedzialność za Ośrodek przejęła Anna Filipkowska.

Objęła funkcję dyrektora w czasie kryzysu, bez gotowych rozwiązań, za to z odwagą i konsekwencją. Rozpoczęto gruntowną modernizację: wyremontowano internat i szkołę, wymieniono instalacje sanitarne, zakupiono nowe meble i wykładziny, dokończono remont dachu, a część pomieszczeń zaadaptowano na mieszkania dla nauczycieli. We wrześniu zmodernizowany Ośrodek został oddany do użytku już nie jako miejsce izolacji, lecz przestrzeń porządkowania życia.
Jeszcze ważniejsze były jednak zmiany niewidoczne w murach. Dziewczęta szybko się zaaklimatyzowały. Zaczęły współtworzyć wspólnotę. Powstały koła zainteresowań: muzyczne, krawiecko-dziewiarskie, sportowo-turystyczne, taneczne, wokalne, fotograficzne i rękodzielnicze. Organizowano uroczystości, dyskoteki, wybory Miss Ośrodka. Wydawano gazetkę „Nasz dom” pisaną przez same wychowanki, o nich i dla nich. To był czytelny sygnał: ktoś im wreszcie zaufał. To była Anna Filipkowska.
Dziewczęta odnosiły realne sukcesy: wyróżnienia na festiwalu w Kuźni Raciborskiej, dyplomy ze spartakiad w Łodzi, puchary z ogólnopolskich przeglądów zespołów artystycznych, nagrody w konkursach zawodowych. Zespół „Płomyk” zachwycił jury spektaklem „Uśmiech i łzy” opartym na tekstach Edwarda Stachury i Stanisława Staszewskiego, szczerym, surowym, prawdziwym. Te osiągnięcia były możliwe dzięki zespołowi wychowawców i instruktorów, ale to Anna Filipkowska stworzyła ramy, w których trudne dziewczęta mogły stać się po prostu młodymi ludźmi z talentem i przyszłością.
Jej praca w Goniądzu była konsekwentna i odpowiedzialna. Bez rozgłosu. Bez autopromocji. Dziś, z perspektywy czasu, widać wyraźnie: była to jedna z tych misji, które nie trafiają na pierwsze strony gazet, ale zostają w życiorysach wielu osób na zawsze.
Dla Tygodnik Narew i portalu Narew.info była postacią szczególną. Na naszych łamach wielokrotnie opowiadaliśmy o jej wystawach, drodze twórczej i niezwykłej biografii. To właśnie u nas ukazała się książka poświęcona jej życiu i rodzinie – „A jej suknia ślubna była ze spadochronu”. Publikacja wyjątkowa: osobista, czuła, zanurzona w historii pokoleń. Opowieść o pamięci, wojnie, miłości i kobiecej sile. O sukni uszytej z wojennego spadochronu jakby z resztek świata tworzyć coś, co trwa.
Anna Filipkowska-Wybranowska całe życie czekała, aż przyjdzie do niej sztuka. Gdy przyszła przyjęła ją bez pośpiechu, z wdzięcznością. A potem oddała ją nam.
Dziś, gdy Anna odeszła po ciężkiej chorobie, która nie zgasła jej ducha zostaje to, co najtrwalsze: obrazy, które mówią językiem serca; opowieści, które łączą pamięć i miłość; ślad, który nie znika. Jej życie było jak wielka, barwna tkanina każda nitka znacząca, każdy kolor głęboki.
Jej sztuka nie zginie, bo jak sama wierzyła: prawdziwe życie to sztuka, a sztuka to życie.
Żegnamy ją z szacunkiem i wzruszeniem, wiedząc, że są ludzie, którzy nie odchodzą naprawdę. Zostają w obrazach, w słowach, w pamięci uczniów, przyjaciół,
bliskich i czytelników.
Jej światło nie zgasło. Zmieniło tylko miejsce ekspozycji.
Przypominamy kilka spotkań z Panią Anną:






Komentarze